W mediach o występie Edyty na OWF

30 sie

Gazeta Wyborcza

Bartosiewicz wydarzeniem. Piosenka, którą dośpiewaliśmy

Robert Sankowski

2010-08-29, ostatnia aktualizacja 2010-08-29 17:00

Miało być wydarzenie. I było wydarzenie. Chociaż na sobotnim, rockowym dniu Orange Warsaw Festival zagrała – po raz pierwszy w Polsce – wdowa po Kurcie Cobainie, kontrowersyjna Courtney Love, to i tak największą bohaterką wieczoru była Edyta Bartosiewicz

Tylko na jej koncercie były prawdziwe tłumy. I na chwilę zapanowała atmosfera typowa dla letnich festiwali.

Bartosiewicz tak dużego, samodzielnego koncertu nie zagrała od dekady. Od końca lat 90. milczała. W popkulturze, która w pogoni za nowymi modami nieustannie na oślep gna do przodu, to jak cała wieczność. Milczenie Edyty obrastało niedopowiedzeniami i plotkami: o praktycznie ukończonych, ale skasowanych w ostatniej chwili nagraniach, o kryzysie twórczym, o osobistych problemach. Koncert na Orange Warsaw Festival miał odpowiedzieć na wiele pytań.
W sobotę Bartosiewicz była taka, jaką stęsknieni fani chcieliby ją oglądać. W dobrej formie wokalnej, rozkręcała się z piosenki na piosenkę, a wyglądała chyba jeszcze lepiej niż 15 lat temu, gdy odnosiła największe sukcesy. To był ważny test. Edyta go zdała. Sama zresztą wyraźnie zdawała sobie z tego sprawę. Gdy wyszła na scenę, była lekko stremowana. Ona, jedna z największych bohaterek polskiej sceny muzycznej lat 90.! W krótkiej zapowiedzi przyznała, że to dla niej wyjątkowy wieczór. Przez moment, gdy już miała uderzyć w gitarowe struny i zagrać pierwsze takty otwierającej koncert piosenki, zawahała się. Rozglądała się po scenie, w ostatniej chwili uzgadniała coś z muzykami, jakby chciała choć na sekundę odwlec moment ostatecznej próby. – Po raz pierwszy w życiu będę grała koncert z tak zwanym „uchem” – rzuciła do mikrofonu, poprawiając nerwowo miniaturowe słuchawki. Techniczny gadżet, który pomaga muzykom lepiej słyszeć się na scenie i komunikować z ekipą techniczną, obecnie jest normą na dużych imprezach. To też znak czasów. Przez te 10 lat nieobecności Edyty Bartosiewicz zmieniła się nie tylko sama muzyka. Zmieniła się również towarzysząca jej technologia.

Kilka kwadransów później, choć koncert dawno się już skończył, tłum fanów wciąż wywoływał Edytę na kolejny bis. W sumie zagrała ich cztery. Aż do momentu, w którym musiała przyznać, że jej zespołowi skończył się już repertuar przygotowany na ten wieczór. I musiała sięgnąć jeszcze raz po utwór, który zabrzmiał już w głównej części występu.

Wielki powrót gwiazdy? Powstrzymajmy te emocje. Przed Bartosiewicz jeszcze długa droga. Orange Warsaw Festival był sukcesem, ale przy takim nastawieniu publiczności i takim zestawie hitów, jakim dysponuje Edyta, nie mogło być inaczej. Zagrała parę świetnych numerów („Szał” czy „Ostatni” w nowych aranżacjach robią wielkie wrażenie), ale w jej programie były i przestoje (po co ten cover grupy The Rembrandts?). To był po prostu bardzo udany występ. Resztę dośpiewaliśmy sobie my – publiczność, która czekała na ten koncert całą dekadę.

Teraz czas na nowy materiał. Jaki będzie? W sobotę Bartosiewicz zagrała dwa nowe kawałki. Jeden, „Madame Bijou”, robił spore wrażenie. O drugim, „Upaść, aby wstać”, natychmiast zapomniałem. A to właśnie ta piosenka ma być jej najnowszym singlem, trafi do stacji radiowych i będzie promować nową płytę. Ale powstrzymajmy emocje. Posłuchamy nowej płyty, minie euforia związana z powrotem po latach milczenia, a jej koncerty znów staną się normalnym elementem polskiego show-biznesu – to będzie dla Edyty Bartosiewicz prawdziwa chwila prawdy.

Wirtualna Polska

Tuż przed występem Edyty Bartosiewicz pod festiwalową sceną nareszcie zrobiło się gęsto. Wokalistka nie kryła swojej radości przemieszanej z podnieceniem. „Nie macie pojęcia jak się czuję” – z uśmiechem przywitała się z publicznością. Na pierwszy ogień poszła „Niewinność”, następnie „Zegar”. Zgodnie z zapowiedzią pojawiły się nowe kawałki. Wokalistka zaprezentowała „Madame Bijou” i potencjalny singiel – „Upaść, aby powstać”. Reakcje na ostatni numer zostały skonfrontowane z ekscytacją jaka towarzyszyła podczas kolejnego przeboju – „Jenny”. Podczas pierwszego od 10 lat solowego koncertu artystki usłyszeliśmy jeszcze „Tatuaż”, „Szał”, „Sen” czy cover grupy The Rembrandts „Just The Way It Is, Baby”. Edyta przez cały występ nie przestawała się uśmiechać, dziękowała za wsparcie i tryskała radością grania. Cztery razy wracała na bisy, a podczas ostatniego z rozbrajającą szczerością przyznała, że nie mają już nic do zagrania. W rezultacie jeszcze raz usłyszeliśmy „Szał”.

Zdjęcia TUTAJ

TUBA.PL

Nie mamy żadnych wątpliwości: to Edyta Bartosiewicz była najważniejszą gwiazdą pierwszego dnia Orange Warsaw Festival.

Taki koncert polskiego artysty zdarza się raz na kilkanaście lat, bo też rzadko dzieje się, aby ktoś znikał ze sceny na blisko dziesięć lat u szczytu swej kariery. W sobotę, 28 sierpnia, na warszawskim Służewcu, można było poczuć się jak w wehikule czasu. Gdy Edyta Bartosiewicz weszła na scenę po godzinie 23.00 (nawet chwilę przed zaplanowanym czasem), nie czuło się kompletnie, że nie robiła tego tak długo. Świetnie wyglądała, z każdym utworem coraz szerzej się uśmiechała, jej głos brzmiał mocno i pewnie – nie zawiodła w żadnym calu. Ze sceny nie padało zbyt wiele zbędnych słów. Na początku usłyszeliśmy tylko:

Dobry wieczór. Nawet sobie nie wyobrażacie jak, ja się czuję. Mam nadzieję, że to będzie genialne przeżycie i że będziecie zadowoleni.

Rytmiczne skandowanie tłumu „Edyta, Edyta!” nie pozwoliło jej na wiele więcej, więc zaczęła od „Niewinności”, podobnie jak większość utworów zagranych w nieco uwspółcześnionej wersji, która jednak nie odbierała im tego, co najważniejsze. Później Edyta co chwilę powtarzała, wyraźnie wzruszona i rozpromieniona „Dziękuję, jesteście kochani”. Było wzruszająco w trakcie takich hitów, jak „Ostatni”, czy „Sen”, a także bujająco podczas „Skłamałam”, czy „Jenny”. Wyjątkowo energetycznie zabrzmiał „Szał”, który w tej aranżacji mógłby spokojnie konkurować z hitami młodych brytyjskich zespołów gitarowych. Nie zabrakło też wielce oczekiwanych nowych kompozycji, które mają pojawić się na szykowanej przez Bartosiewicz płycie. Jednym z nich był planowany singiel o jakże wymownym tytule – „Upaść, by wstać”. Brzmiał mniej więcej tak:

<link do youtube>

Jeśli w wersjach albumowych zabrzmią one tak jak na koncercie, to usatysfakcjonowani powinni być przede wszystkim fani, którzy tęsknili za klimatem starych kawałków Edyty. Pojawił się też cover utworu The Rembrandts – „Just the Way It Is, Baby”. Jeśli jeszcze ktokolwiek wątpił, że ten wieczór należeć będzie właśnie do polskiej gwiazdy, wystarczy wspomnieć, że Edyta cztery razy wychodziła na bis. Faktem jest, że każdy składał się dokładnie z jednego utworu, ale i tak normalnie takie rzeczy na festiwalach się nie zdarzają. Można było odnieść wrażenie, że wokalistce i jej zespołowi naprawdę trudno było rozstać się z pozytywną energią, która płynęła w jej stronę od fanów. Wychodząc do nich, wywoływana po raz kolejny, żartowała:

Ale jesteście niegrzeczni! Czemu nie chcecie iść spać?

Na bis zaśpiewała po kolei: „Ostatni”, „Skłamałam”, „Blues For You” i po raz drugi „Szał”, bo jak zaznaczyła, skończył im się repertuar przygotowany na ten wieczór. Wniosek jest jeden: oby na kolejny taki występ nie przyszło nam tak długo czekać.

Przed Edytą wystąpili po kolei Kumka Olik, Kim Nowak, White Lies i Hole. Szczególnie występ tych ostatnich z Courtney Love na czele, mógł wywoływać poruszenie. Była to bowiem jej pierwsza wizyta w Polsce. Jak na koncert promujący album „Nobody’s Daughter” przystało, set rozpoczął się do pierwszego singla z tego krążka – „Skinny Little Bitch”. Nie zabrakło jednak utworów z poprzednich płyt, m.in. z najbardziej rozpoznawalnego dzieła formacji, „Celebrity Skin”. Pomiędzy kolejnymi kawałkami Courtney prowadziła czarująca konferansjerkę z polską publicznością, m.in. pytając o imię dziewczyny stojącej pod sceną, czy o brzmienie słowa „dziękuję” po polsku lub żartując, że głupio by było umrzeć na scenie, gdy jej szal zaplątał się w pasek od gitary. Spore poruszenie wywołała zapowiadając cover… „Jeremy’ego” Pearl Jam. Wcześniej na konferencji prasowej opowiadała dziennikarzom, że właściwie nie jest pewna, czy powinna wykonywać ten utwór i o tym, że nie jest on stworzony dla jej warunków wokalnych. Stwierdziła również, że lubi ryzyko i wykonała go przed polską publicznością, zapominając o wokalizie, a następnie przyznając się do tego bez większego zażenowania.

Po pierwszym dniu imprezy, Orange Warsaw Festival nie może pochwalić się dwoma rzeczami: oszałamiającą frekwencją i udaną pogodą. O ile na to drugie organizatorzy nie mieli wpływu, to z powodu tego pierwszego raczej nie będą usatysfakcjonowani. Momentami przestrzeń pod sceną świeciła pustkami i właściwie dopiero w trakcie koncertu Edyty Bartosiewicz była zapełniona w stopniu dostatecznym, a publiczność naprawdę było słychać.

KR

ONET.PL

Edyta Bartosiewicz na Orange Warsaw Festival

Za nami pierwszy dzień Orange Warsaw Festival. Jedną z najbardziej oczekiwanych gwiazd wieczoru była Edyta Bartosiewicz, która nie ukrywała swojej ogromnej tremy. „Nie wyobrażacie sobie jak się teraz czuję” – powiedziała piosenkarka przed rozpoczęciem koncertu. Artystka podczas swojego koncertu zaprezentowała między innymi takie przeboje jak: „Niewinność”, „Zegar”, „Opowieść”, „Miłość jak ogień”, „Jenny” oraz „Szał”. Edyta zaśpiewała też zupełnie nową piosenkę „Madame Bijou”. Każdy z tych utworów wzbudzał ogromne ożywienie wśród publiczności. Między piosenkami artystka zwracała się do fanów i komentowała każdy utwór. „Pierwsze koty za płoty” – powiedziała po pierwszym wykonaniu, „naprawdę tak się cieszę” – mówiła dalej. Widać było, że ten występ sprawił Edycie ogromną radość, tak samo jak publiczności.

Zdjęcia TUTAJ

Polska Dziennik Zachodni

Bartosiewicz gwiazdą Orange Warsaw Festivalu

Ola Szatan

2010-08-26 10:35:57 , Aktualizacja 2010-08-26 15:55:20

Dziesięć długich lat musieliśmy czekać na solowy koncert Edyty Bartosiewicz. W sobotę, 28 sierpnia, marzenia wielu spełnią się na warszawskim Torze Wyścigów Konnych Służewiec. Jedna z najpopularniejszych polskich wokalistek lat 90., obdarzona wyjątkowym talentem i charyzmą, będzie gwiazdą pierwszego dnia Orange Warsaw Festival.

Jej koncert (początek o godz. 23.15) jest wyjątkowo oczekiwanym wydarzeniem. Do tego stopnia, że Edyta wystąpi jako ostatnia, tuż po Courtney Love i zespole Hole. Wdowa po Kurcie Cobainie, liderze legendarnej Nirvany, jest ulubioną artystką Bartosiewicz. Courtney musiała oczywiście wyrazić zgodę na rolę swoistego supportu Edyty. Wysłano jej nawet nagrania naszej artystki.

- Po otrzymaniu przesyłki upłynął tydzień, może 10 dni i przyszła krótka odpowiedź: „Tak!” – mówi Piotr Metz, dyrektor artystyczny Orange Warsaw Festivalu.

Pierwszym poważnym sukcesem Edyty Bartosiewiczbyła płyta „Love” (1992), a wysoką pozycję wokalistki ugruntowały albumy: „Sen” (z którego pochodzą takie przeboje jak „Koziorożec” czy „Sen”) oraz „Szok’n’show”, który zawierał m.in. hity „Szał”, „Zegar” i „Ostatni”. W tym roku, prawdopodobnie w listopadzie, ma się ukazać najnowszy album artystki.

VIPNEWS.PL

Edyta Bartosiewicz na Orange Warsaw Festival – powrót w wielkim stylu!

Zagrała pierwszy koncert od 10 lat i rzuciła publiczność na kolana.
Bisowała cztery razy i była niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Edyta
Bartosiewicz
na scenie królowała przeszło 80 minut…

zdjęcia TUTAJ

INTERIA.PL

„Dziki szał”, czyli powrót Edyty Bartosiewicz

Autor informacji: Michał Michalak

Niedziela, 29 sierpnia (00:30)

Cztery razy na bis wychodziła Edyta Bartosiewicz, która podczas festiwalu Orange Warsaw zagrała pierwszy solowy koncert od 10 lat.

Na torze wyścigów konnych na Służewcu w sobotę, 28 sierpnia, zgromadziło się kilka tysięcy fanów muzyki, z pewnością mniej niż spodziewali się organizatorzy. Dyrektor artystyczny imprezy, Piotr Metz, przyciśnięty przez Courtney Love pytaniem o liczbę widzów podał, że będzie ich 15 tysięcy, ale rozglądając się po terenie festiwalu, można było dojść do wniosku, że to chyba jednak zbyt optymistyczne szacunki.

Mimo starań Love, niekwestionowaną gwiazdą wieczoru była jednak Edyta Bartosiewicz. „Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że tu jestem” – powiedziała na powitanie i zaczęła od „Niewinności”, po której wszedł przearanżowany „Zegar”. Artystka wydawała się jednocześnie speszona i przeszczęśliwa. Wokalnie było momentami niepewnie, ale im dalej w las, tym lepiej jej szło, a końcówka – „Ostatni”, „Skłamałam”, „Blues For You” i „Szał” to był już popis. Część utworów otrzymała zupełnie nową oprawę dźwiękową, a część została zagrana w oryginalnej aranżancji. W Warszawie wybrzmiały także dwa nowe utwory, które pojawią się na październikowej płycie Bartosiewicz (pierwszej od 12 lat!). Wrażenia były tutaj mieszane. Mnie do gustu przypadł pierwszy z nich, zatytułowany „Madame Bijoux”, bardzo stonowany, refleksyjny, w którym znalazły się momenty na granicy melorecytacji. Pojawił się też jeden cover, nawet zaskakujący – „Just The Way It Is, Baby” grupy The Rembrandts.

Po 80 minutach grania i czwartym bisie twarz Bartosiewicz promieniała niczym niezmąconą radością.

- Jesteście bardzo niegrzeczni, że nie chcecie jeszcze iść spać – pogroziła na żarty palcem.

Edyta zatańczyła z nami jeszcze raz i był dziki szał, a dokąd odeszła (kiedy jej nie było), czy zbudził ją wiatr i co w jej głowie siedzi, wie tylko ona.

Michał Michalak, Warszawa

Reportaż video TUTAJ

Zdjęcia TUTAJ

TVN STOLICA

Orange Warsaw Festival. Wielki powrót Bartosiewicz

08:20 29.08.2010 / tvnwarszawa.pl
Kilkanaście tysięcy osób bawiło się w sobotę na Torze Wyścigów Konnych. Wieczór należał do wracającej po latach Edyty Bartosiewicz. W niedzielę zakończył się dwudniowy Orange Warsaw Festiwal.
Powrót gwiazdy

I tak na liście sobotnich wykonawców zostało tylko jedno nazwisko – Bartosiewicz. Już kwadrans przed jej wyjściem na scenę rozlegały się głośne okrzyki „Edyta, Edyta!”. Emocje rosły, bo jej fani czekali na tę chwilę od 10 lat. Niektórzy, jak niżej podpisany, już dawno stracili nadzieję, że zobaczą kiedykolwiek Edytę Bartosiewicz na scenie. A jednak. Wyszła dojrzalsza, nieco onieśmielona gorącym przyjęciem, ale szczęśliwa kobieta. Zaczęła od „Niewinności”. Z pewnością nie przypadkiem wybrała akurat ten utwór, który można odbierać jako komentarzem do jej długiego milczenia.

Dokąd odeszłaś
Moja piękna
Co z tobą stało się
W swe siły zbyt ufna
Zgubiłaś drogę

(…)

Tak nagle zniknęłaś
W środku lata
Bez pożegnania słów
I teraz pewnie
Gdzieś stoisz na rozstajach dróg

Potem przyszedł czas na „Zegar”, zaskakujący „That’s just the way it is, Baby” z repertuaru The Rembrandts i największe hity, zaśpiewane wspólnie z publicznością, „Jenny”, „Tatuaż”, „Sen”, „Szał” czy „Ostatni”. Wszystkie kawałki nieco odświeżono, bo jak mówiła sama artystka w wywiadzie dla TVN „chciałam, żeby to były wersje 2010″. Dostaliśmy też próbkę tego, co znajdzie się na nowej płycie. – Jesteście kochani. Nie wyobrażacie sobie jak się teraz czuję – komentowała między utworami Bartosiewicz nie kryjąc radości. Bisowała cztery razy.

Wobec wielkiego wydarzenie jakim był powrót na scenę, świetnego koncertu na Wyścigach nie wypada wytykać kilku drobnych potknięć wokalnych. Syntetyczna i rzetelna relacja z pierwszego dnia Warsaw Orange Festiwal brzmiałaby tak: Edyta wróciła!

Piotr Bakalarski

POLITYKA

Edyta Bartosiewicz: Come back po latach?

Trzy powroty Edyty

Nowa płyta Edyty Bartosiewicz pierwszy raz miała się ukazać w 2002 r. Poślizg trwa do dzisiaj. Początkiem wielkiego powrotu najpopularniejszej piosenkarki lat 90. ma być koncert który zagrała w ostatni weekend sierpnia. Ale czy będzie płyta?

Nie mogę, nie mam czasu, nie dam rady – nagrywam płytę. Tak od dekady brzmi odpowiedź Edyty Bartosiewicz na większość propozycji współpracy. – Jakiś czas temu chciałem wydać kompilację mniej znanych piosenek z lat 90. Na płycie miał się znaleźć jeden z utworów z „The Big Beat”, debiutanckiego albumu Edyty i zespołu Holloee Poloy z 1990 r. – opowiada Andrzej Paweł Wojciechowski, szef MJM Music. – Kiedy zapytałem, co o tym myśli, odpowiedziała, że to niemożliwe, bo właśnie nagrywa płytę i nie może się rozpraszać. Tomasz Żąda, dziennikarz muzyczny radiowej Trójki, relacjonuje: – Mówiła mi, że nie może się na niczym innym skupić. Musi odrzucać propozycje pisania dla innych, których zawsze miała mnóstwo, bo zawsze, kiedy próbuje pisać, wychodzą jej tematy bardzo podobne do tych z płyty. Żyje tylko płytą, myśli o niej non stop.

Co pewien czas Edyta zaprasza do studia zaprzyjaźnionych dziennikarzy, puszcza muzykę i na żywo śpiewa nowe piosenki. Nagranych jednak nikt ich nie słyszał, bo Edyta zwykle następnego dnia po zarejestrowaniu wokali przychodzi z nowym pomysłem, każe kasować nagrany materiał i śpiewa od nowa. Dzień świstaka w wypadku Bartosiewicz trwa już prawie dekadę.

Wielkim przełomem miał być koncert w niedzielę 29 sierpnia. Podczas koncertu na Orange Warsaw Festival na warszawskim Służewcu Edyta Bartosiewicz zaśpiewała dwa utwory z nowej płyty i kilka starych hitów w nowych aranżacjach.

Odejście

Epopeję powrotów Edyty Bartosiewicz do muzycznego show-biznesu rozpoczyna wielkie odejście. W 1998 r., po ośmiu latach współpracy, rozstała się z Universal Music Polska, w którym wydała pięć płyt, w tym ostatnią – składankę największych hitów „Dziś są moje urodziny – The Best Of”. Wszystkie rozeszły się w nieosiągalnych dziś nakładach – „Sen”, największy komercyjny sukces Edyty, to 310 tys. sprzedanych egzemplarzy, kolejny album, „Szok’n’Show”, pierwszego dnia sprzedaży rozszedł się w 150 tys. egzemplarzy, zaś sprzedaż wszystkich razem przekroczyła milion sztuk. Nawet jak na lata 90. były to imponujące wyniki. Nie bez przyczyny miesięcznik „Tylko Rock” przyznał artystce w 2000 r. tytuł Osobowości Dziesięciolecia.

Jej znakiem rozpoznawczym były melodyjne, chwytające za serce i wpadające w ucho ballady, śpiewane rockowym głosem z lekką chrypką. Sama Edyta lubiła podkreślać, że czuje się bardziej muzykiem niż tekściarką czy poetką – piosenki zaczyna pisać zawsze od skomponowania melodii. Jednak słuchacze kochali ją właśnie za teksty: proste, opowiadające o uniwersalnych, dotyczących każdego sprawach – jak czekanie na miłość, samotność, ból, upływ czasu.

Rozstanie z wytwórnią zostało poprzedzone rozstaniem z mężem Leszkiem Kamińskim – realizatorem dźwięku odpowiedzialnym za brzmienie poprzednich płyt Edyty. Jej ostatni studyjny album, zatytułowany „Wodospady” (pierwotnie miało być „Wodospady łez”), realizował Anglik Rafe McKenna. Płyta została przyjęta z mniejszym entuzjazmem niż poprzednie. Fiaskiem zakończyły się plany kariery międzynarodowej. Wszystko to zaowocowało potrzebą życiowej i muzycznej rewolucji. W wywiadach dzieliła się z czytelnikami swoją fascynacją horoskopami i numerologią, odkryciem „Alchemika” Coelho („Ta prawda, ta prostota, że nie należy zamęczać samego siebie…”), spokojem ducha, w osiągnięciu którego pomaga medytacja i masaże limfatyczne. „Teraz jestem całkowicie niezależna i nie pracuję już tak jak do tej pory” – deklarowała.

Powrót nr 1

Wtedy nie brzmiało to jednak niepokojąco. Tym bardziej że artystka podpisała kontrakt z wytwórnią płytową BMG i podała datę premiery nowej płyty: 26 sierpnia 2002 r. Rozgłośnie radiowe grały do zdarcia promującą album piękną balladę „Niewinność”. W nakręconym do niej teledysku Edyta, patrząc na małą dziewczynkę, śpiewała:

„Wciąż przed oczami mam jej drobną twarz/W kącikach ust uśmiechu ślad/I ten jej spojrzenia pełen wiary blask/Mówiła w życiu najważniejsza jest/Ideałów czysta moc/W swych snach z wiatrem ścigała się co noc./Dokąd odeszłaś moja piękna/Co z Tobą stało się?/W swe siły zbyt ufna/Zgubiłaś drogę/Nocą bezsenna/Zlękniona dniem”.

Płyta nosiła tytuł „Inna”, na oficjalnej stronie internetowej pojawiła się lista tytułów 15 piosenek. I tylko najbardziej podejrzliwych słuchaczy mógł zaniepokoić promujący płytę wywiad w telewizyjnej Dwójce, patronującej wydawnictwu, gdy końcową zapowiedź prezentera, że płyta będzie na rynku 26 sierpnia, Edyta cichutko skomentowała: „Chyba że coś…”.

Początkowo datę premiery przesuwano co kilka miesięcy – potrzebnych rzekomo na ostatnie mistrzowskie szlify. W końcu jednak na oficjalnej stronie artystki pojawił się wpis: „Premiera płyty została przesunięta na czas nieokreślony”. A na temat zamilknięcia Edyty zaczęły krążyć rozmaite plotki. Huśtawka nastrojów od euforii do całkowitej negacji i depresji, o której opowiadała w wywiadach („Moje życie jest jak sinusoida o dużej amplitudzie. Duży ból i duże szczęście… osobowość prawdopodobnie histeryczna”), wybuchowy temperament, o którym z kolei opowiadali anonimowo jej współpracownicy, oraz widoczna nadwaga – wszystko to wywołało plotki o depresji i narkotykach. Ktoś wskazywał na totalną rozsypkę życia osobistego, inny wspominał o rzekomych kłopotach finansowych, które miały stanąć na przeszkodzie modernizacji domowego studia nagraniowego, przez co płyta miała brzmieć staromodnie i źle.

ndrzej Puczyński, wieloletni szef Universalu, który nigdy nie krył, że współpraca z Edytą Bartosiewicz do łatwych nie należała, tonuje sensacyjny ton domysłów: – Nie sądzę, żeby rozmaite problemy, których jej nie brakuje jak każdej wielkiej artystce, miały większy wpływ na przedłużające się prace nad tą płytą niż jej perfekcjonizm, bezkompromisowość i dążenie do ideału. Znajomi dementują także pogłoski o problemach finansowych artystki. Edyta jest według nich połączeniem artystycznej wrażliwości z całkiem twardym stąpaniem po ziemi. Przez cztery lata studiowała handel zagraniczny w warszawskiej SGPiS, sama negocjuje swoje kontrakty i doskonale zna własną wartość, także finansową.

Zostaje więc perfekcjonizm i niecodzienny upór. – Ona zawsze wie lepiej – przyznaje Tomasz Żąda. – Ma w głowie kształt płyty i z całych sił dąży do odtworzenia go w rzeczywistości. Słowo „kompromis” dla niej nie istnieje. W wolnym czasie Edyta pisze piosenki innym artystom, wśród których są m.in. Edyta Górniak i Justyna Steczkowska, przeboje do filmów (od „Egoistów” Trelińskiego po komedię romantyczną „Nigdy w życiu”).

Powrót nr 2

Kolejne przebudzenie następuje w 2004 r. Ku zaskoczeniu wszystkich Edyta godzi się napisać piosenkę dla Krzysztofa Krawczyka i nawet ją z nim śpiewa.Złośliwi komentują: „Tonący Krawczyka się chwyta”, a sam piosenkarz, szczęśliwy i dumny, zwierza się mediom: „Powiedziała, iż jestem jedynym artystą w Polandzie, z którym chciałaby nagrywać”. Po nagraniach, już nieco mniej szczęśliwy, opowiada, jak zmusiła jego i zespół do nagrania 56 wersji piosenki i z żadnej nie była zadowolona. Największym problemem, jak zwykle, było dla niej brzmienie jej własnego głosu. – Być może problem tkwi w tym, że ona wciąż ma w uszach swój głos sprzed 15 lat i próbuje się zbliżyć do tej barwy, nagrywając kolejne wersje wokali – zastanawia się dzisiaj Tomasz Żąda.

Tymczasem piosenka „Trudno tak… (razem być nam ze sobą)”, promująca płytę Krawczyka „To, co w życiu ważne”, okazuje się przebojem roku, artyści z sukcesem występują razem na festiwalu w Sopocie, a Edyta zamyka rok występem na koncercie sylwestrowym TVP. Na fali euforii opowiada o pracy nad nową płytą i tradycyjnie zapowiada premierę. Nowa płyta ma powstać – znów – we współpracy z BMG, które zdążyło zmienić strukturę i nazywa się już Sony BMG, data premiery: wiosna 2006. Wtedy umiera menedżer i przyjaciel artystki Jacek Nowakowski i sprawa płyty po raz kolejny odchodzi w zapomnienie.

Artystka po raz kolejny publicznie pokaże się dopiero dwa lata później na koncercie „Życie jak wino” z okazji 45-lecia pracy artystycznej Krawczyka. Widać, że ma ogromną tremę, nie daje rady głosowo, jest niepewna siebie. Plotki zyskują nową pożywkę.

Powrót nr 3

Syndrom ostatniej płyty Michaela Jacksona – podsumowuje zmagania Bartosiewicz z nową płytą Andrzej Paweł Wojciechowski. – Pracował nad nią całe lata i ciągle nie był zadowolony z efektu. Ten sam problem artysty chcącego stworzyć arcydzieło, opus magnum, dotyczy także Edyty.

Andrzej Puczyński problemu upatruje w braku doradcy z autorytetem, który potrafiłby w pewnym momencie powiedzieć: dość, wydajemy, następnie przeczekać piekło, które w takich sytuacjach zwyczajowo Edyta urządza, i potem spokojnie już razem z nią cieszyć się sukcesem.

Być może taką osobą będzie nowa menedżerka Edyty Dorota Janczarska, niezwykle ceniona w branży muzycznej prawniczka, przy tym osoba spokojna, stanowcza i opanowana. – Prace nad płytą zostały chwilowo wstrzymane z powodu przygotowań do koncertu na Orange Warsaw Festival – informuje. – Dokończenie nagrań, czyli głównie praca nad rejestracją wokali, planowane jest na późną jesień. Płyta ma wyjść jeszcze w tym roku. Artystycznie będzie bez zaskoczeń: Edyta pozostaje artystką rockową. Nowa płyta będzie kolejnym etapem tej samej artystycznej drogi.

Materiał na płytę pochodzi głównie z 2002 r., zmienił się za to tytuł, który tym razem brzmi „Tam, dokąd zmierzasz”. Wydawcą jest założona przez Edytę Bartosiewicz wytwórnia Eba Records, za dystrybucję odpowiadać ma Sony Music, w którą zdążyła się z kolei przeobrazić firma Sony BMG .

Kiedy w ubiegłym roku składaliśmy sobie życzenia świąteczne i noworoczne, po raz pierwszy od lat z dużą pewnością powiedziała, że ta płyta naprawdę będzie – wspomina Tomasz Żąda. – Życzyła mi, żebyśmy w Nowym Roku mieli więcej zawodowych powodów do spotkań. I dodaje: – Ludzie wciąż czekają, ale powoli czują się zmęczeni kolejnymi terminami. Jeśli teraz nie wróci, mogą się poczuć oszukani, obrażeni i stracą zainteresowanie.

PLOTEK.PL

Bartosiewicz wygląda lepiej niż 10 lat temu

FORUM/Krzysztof Jarosz

Powrót Edyty Bartosiewicz jest jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych tego roku. Artystka zagrała pierwszy koncert od 10 lat. Zaśpiewał swoje hity oraz dwie nowe piosenki. Już jesienią wyda album. Z niecierpliwością czekamy na premierę!

Zdjęcia TUTAJ

TOPSTARS.PL

Edyta Bartosiewicz zagrała pierwszy solowy koncert od 10 lat.

Powrót, podczas festiwalu Orange Warsaw Festival, był wyjątkowo udany, jako że piosenkarka aż cztery razy wychodziła na bis!W październiku ukaże się także nowa płyta wokalistki, pierwsza od 12 lat!

To się nazywa powrót w wielkim stylu!

About these ads

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 218 other followers

%d bloggers like this: